Blog > Komentarze do wpisu

Powrót na Zielone Wzgórze.

Bardzo długo nosiłam się z zamiarem przeczytania serii po raz kolejny. Nawet nie chcę wiedzieć, ile razy przeczytałam każdą część. Chciałam sprawdzić, jak przez około 7 lat zmieniło się Zielone Wzgórze, Ania, ja... 

Pamiętam pierwsze spotkanie z Anią, byłam wtedy małą dziewczynką, miałam osiem,może dziewięć lat. Wtedy Ania na początku wydała mi się biedną, zagubioną istotką, czułam się na początku jak jej pokrewna dusza, miałam wrażenie, że jesteśmy bardzo podobne. Czas spędzony nad książką szybko zweryfikował nasze podobieństwo, na które składała się jedynie bujna wyobraźnia, a bliżej było mi do spokojnej, ułożonej Diany. Pomysły Ani z farbowaniem włosów, czy pieczenie tortu z dodatkiem kropli walerianowych wydawały mi się wręcz karygodne i po prostu nie mogłam uwierzyć w to, że Mateusz tak przymyka na to oko! Zawsze marzyłam o chłopcu takim, jak Gilbert, która z dziewcząt nie marzyła? 

Miałam przyjaciółkę, która również czytała Anię, miałyśmy swój klubik Ani, czytałyśmy równolegle każdą część uciszając stanowczo siebie nawzajem, jeśli któraś zabrnęła dalej. Obu nam w sumie bliżej było do Diany, też wyobrażałyśmy sobie, że nic nie będzie w stanie nas rozdzielić. Czas to zweryfikował i kilka lat później każda z nas poszła w swoją stronę.

Anię czytałam jeszcze kilka razy później. W sumie, słowo 'czytałam' jest tu bardzo nietrafione, bo są to raczej powroty w miejsca, które znam bardzo dobrze, żaden kąt nie ma dla mnie tajemnic. Jednak za każdym razem powrót przynosi coś innego. Jak to jest teraz?

Teraz to raczej podróż sentymentalna. Czuję się, jakby dorosła Ania opowiadała mi dzieciństwo. Dobrze wiem, co ją spotka później, na uniwerstyecie, z kim ułóży sobie życie. Ta podróż jest zupełnie inaczej przeze mnie postrzegana- wybryki Ani nie są dla mnie karygodne, nie wyobrażam juz sobie jak bardzo byłoby mi wstyd przyznac się chociaż do jednego glupstwa z lity Ani, patrzę na to z nieskrywanym uśmiechem, mimo że dobrze wiem, jak kżda historia się skończy, przynosi ona coś nowego. Teraz patrzę na Anię jako na dziecko szczęścia, nie tak jak ona mówiła, urodzone pod pechową gwiazdą. Trzeba miec niezmiernie dużo szczęścia, żeby trafić z przypadku do ludzi, którzy obdarzą obce dziecko miłością, którzy- mimo powściągliwości i niezwykłej taktowności- czerpią radość z małej istotki. Kompleksy Ani nie są mi dalekie, sama mam ich wiele- miałam również rude włosy, zafarbowałam na ciemny brąz i takie zostały, nawet odrastaly w takim kolorze, na szczęście nie musiałam ich ścinać po pechowym farbowaniu nigdy :) Do dzisiaj takie samo odczucie mam wracając do sceny Ani dryfującej na łódce nabierającej wody, po prostu przechodza mnie ciarki bo ja sama chyba bym umarła, nie potrafię pływać, pewnie nawet do wody bym nie weszła.

Piekny jest ten powrót na Zielone Wzgórze... Polecam każdemu, kto już raz je odwiedził aby wrócił, chociaż na chwilę. A tym, którzy nigdy nie zawitali u Maryli i nie spróbowali jej słynnego wina razem z niczego nieświadomą Dianą, polecam chwycić czym prędzej za książkę. Do następnego spotkania, tym razem w Avonlea.

wtorek, 11 grudnia 2012, niedozywiona

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
bigosstud
2012/12/11 19:10:38
Ach... Ania z Zielonego Wzgórza, całą serię przeczytałam co najmniej cztery razy. Ale i tak moje serce należało do innej bohaterki, stworzonej przez Lucy Maud Montgomery - do Emilki ze Srebrnego Nowiu. Chyba nie będzie przesady, jeśli powiem, że trzy tomy jej historii, to moje ukochane książki z dzieciństwa :-).


Lilypie First Birthday tickers